Twórczość znudzonego autora, część I
Nie nazwę tego regularnym cyklem... Bowiem bliżej temu do po prostu luźnych oneshotów, które będę wrzucał co jakiś czas. Ot, takie szlifowanie pióra pisarskiego.
![]() |
| Źródło:Pixabay |
Zawiedliśmy... Tak, to dobre słowo. Wszyscy mieliśmy zamiar, plan...
Bunt. To takie piękne słowo. Chciałoby się powiedzieć- przepiękne słowo, nieprawdaż? Ludzie się buntują, walczą z wrogiem o ideały, o piękne rzeczy w które wierzą.
Jakże głupi byliśmy... Mogliśmy to rozegrać inaczej. Zupełnie inaczej. Ale teraz, wleczeni na pole egzekucyjne... Łańcuchy smutno się trzęsły.
Światło, po długim pobycie w lochach, oślepiło nas. Było południe, więc słońce stało wysoko... Oczy, nieprzywykłe do światła, zabolały.
Ale nie to było najgorsze. Oczy po chwili przywykły do światła i przestały działać... Ale rzucono nas na kolana. Tłum, który dopiero teraz dałem radę dostrzec, był ogromny. Ale nie widać było radości.
Raczej smutek i rezygnację. Niemal idealne przeciwieństwo dzisiejszej pogody...
-Ludu Avien!-Zakrzyknął kat, który wyszedł zza moich pleców. Rozejrzałem się po bokach.
W oczach towarzyszy dostrzegłem to samo, co sam czułem...
Ale uśmiechnąłem się w starym stylu. Chciałem im spróbować przekazać, że mam plan, że faktycznie wiem co robię.
Nie wiedziałem.
-Oto stoją przed wami ci, którzy buntowali się przeciw władzy naszego boga!-Rozległ się ponownie krzyk.
Ogłuchłem na moment, gdy cholernie głośne trąby rozbrzmiały po okolicy. Skuliłem się, jak reszta drużyny. Byliśmy nieźle obici, wychudzeni po lochach... Chyba Nadine popłynęła krew z uszu. Nie byłem pewien.
Moje eteryczne spojrzenie zostało gwałtownie oślepione przez nadejście... No właśnie
Nadejście króla boga.
Tego, którego chcieliśmy obalić. Był plan, ale chyba nie do końca się udało...
-Powitajcie jedynego prawowitego władcę Avien!-Głos kata wywołał falę niezbyt entuzjastycznych oklasków i szmer, gdy wszyscy klękali.
Eteryczne spojrzenie, coś dzięki czemu widać faktyczną siłę duchową. Siłę, która pozwala na kontrolowanie okolicy.
Siła która ujawniała prawdziwych nas. Czy też, nasze drugie wcielenia, prawdziwych nas.
Ale teraz, byliśmy iskierkami przy pożodze mocy. A słońce paliło w twarz...
Rzucili przed nas broń. Nasze stroje, nasze maski.
I rękawicę. Rękawicę, która poprzez wbicie igły, uwalniała moc.
-To są rebelianci...-Prychnął król. Mówił cicho, ale jego głos był słyszalny na całym placu.-Chcieliście mnie zabić?-Spytał, podchodząc do najbliższej ze skutych osób. Nadine. Cholera jasna. Nie.
Pochwycił ją mocno za podbródek i zmusił do spojrzenia na siebie. Jej dawniej czarne, ciemne włosy były wynędzniałe, straciły swój blask...
-Co powinienem z wami zrobić? Zabić? A może zostawić was jako moje nałożnice, zabawiać się z wami i nauczyć was, że moja władza jest ostateczna?-Syczał.
-ZOSTAW JĄ!-Zawołałem, w geście desperacji próbując zerwać łańcuchy. Zabrzęczały jedynie i się napięły.
-Ach, marny przywódca. Szef tego całego przedstawienia... Powiedz, dobrze się bawiłeś, gdy próbowałeś podburzyć lud? Tak, wy, jak się nazwaliście? Krwawa dłoń, nieprawdaż? Zaistnieliście krótko, zrobiliście mi ledwie kilka problemów... Ale teraz, to już koniec. Wasze istnienie dobiegło końca.-
Te słowa... Mimo twarzy boga (Swoją drogą, czy bóg nie powinien się ogolić?) przed sobą, te słowa wywołały falę.
Każdy na placu to usłyszał. Na niebie pojawiłą się jedna, samotnie błądząca chmurka.
-Czy to nie ty twierdziłeś, że nie istniejemy?-Spytałem, mrużąc oczy. Ludzie właśnie sobie uświadamiali, że mieli przed sobą faktycznych rebeliantów.
Prawdziwą krwawą dłoń, która istniała.
Manifestacja mnie, nieprawdaż? Prawdziwy ja, który żyje we mnie.
-Zaprzeczałeś temu, że istniejemy. Że krwawa dłoń to jedynie marny wymysł. Ale teraz... Teraz przyznałeś nam rację.
Istniejemy.-Z każdym słowem, mówiłem coraz głośniej. Mimo to, bóg się wyprostował i zaczął spoglądać z góry. Purpurowy płaszcz na jego ramionach załopotał od lekkiego podmuchu wiatru.
-Owszem. Co to zmienia? Już za moment zostaniecie zabici. Wasza nadzieja, symbol, umiera z wami.-Splunął na moją twarz. Ale to nie było ważne.
Bowiem mój umysł opanowały myśli. Moje, a jednak cudze. Niczym słowa, które zapomniałem, lecz właśnie zostały mi przypomniane.
-Nadzieja jest symbolem, symbol manifestuję wolę ludzką-Skuty łańcuchami, przestałem analizować. Powtarzałem słowa.-Gdy bóg decyduje się grać nieodpowiednio, gdy podejmuje decyzje mające pozbawić ludzi wolności i szczęścia, zawsze wtedy pojawia się on. Zły, prezentowany negatywnie. Ale to jego rolą jest, by uświadomić boga o jego błędach. A w razie, gdy bóg przekroczy granicę...-Z każdym słowem, czułem siłę wewnątrz mnie. Niebo niespodziewanie zaszło ogromną ilością chmur, niemal zasłaniając słońce. Zerwał się gwałtowny wiatr.
Ludzie zaś patrzyli. A w ich oczach widziałem nadzieję.
Tą samą, którą widziałem w oczach moich towarzyszy.
-Gdy bóg przekroczy granicę, mym zadaniem jest go pokarać!-Zakrzyknąłem, wstając gwałtownie. Łańcuchy pękły, a mnie samego ogarnął płomień.
Płomień siły duchowej. Słońce skryło się za niespodziewanymi chmurami.
-Renko!
-Co jest, do cholery?
-Ratować króla!
Różne okrzyki się wymieszały, ale ich nie słyszałem. Nie teraz.
Bowiem byłem gdzie indziej. Stałem przed samym sobą... Ale nie zakutym w kajdany. Tym sobą, który był w stroju.
Przed przywódcą krwawej dłoni.
-A więc finalnie, dowiedziałeś się o swoim zadaniu.-Powiedziało moje odbicie. Nie byłem w stanie się odezwać
-Świat był już przepełniony wolą boga... A ty chcesz się zbuntować, nieprawdaż? Pragniesz móc ochronić przyjaciół, którzy teraz czekają na ciebie. Stoisz w ogniu potęgi. Stoisz w obliczu mocy boga... Mocy która jest w tobie, a której jestem manifestacją.-Mówiło moje odbicie. Zacząłem dostrzegać za nim, jak czarne chmury podobne do dymu się zbliżają.
-Ta moc będzie ci udzielona. Lecz wiesz, że moc oznacza pewne warunki. Warunki koegzystencji. Skoro jesteś buntownikiem, buntuj się przeciw bogom. Dlaczego nie przymierzysz się do roli tego złego? Zawrzyjmy zatem kontrakt... Ja jestem tobą...-Rzeczywistość zaczęła powracać. Byłem w moim stroju, na platformie do egzekucji.
Z rękawiczką mocy.
-A ty jesteś mną!-Zakrzyknąłem formułę, która kończyła kontrakt. Wbiłem w rękawiczkę klamrę i przekręciłem. Igły wbiły się w moją dłoń, wyzwalając energię.
Bóg jednak także nie próżnował. Jego manifestacja mocy gwałtownie przybyła pośród zawieruchy, przyjmując formę potężnego czegoś. Chude, cieńkie ręce. Kanciasta głowa. Zaostrzona aureola, wypełniona szpiczastymi kolcami.
Sześć rąk. Cztery z nich trzymały miecz, pistolet, dzwon i księgę. Dwie ostatnie pozostały puste.
U pasa znajdowały się skrzydła, które także wyglądały niczym jakaś forma piły.
-Yaldabaoth...-Powiedziałem, uśmiechając się. Pochwyciłem leżący przede mną rapier, którym władałem. Bóg-władca także zdążył pokryć się zbroją.
-Renko? Co to kurwa jest?-Usłyszałem głos Jacka, który wskazywał nie na Yaldabaotha. Wskazywał na coś za mną.
Oto bowiem z niebios coś się formowało. Pośród chmur i wiatru, z niebios wyszły najpierw trzy pary skrzydeł. Później zszedł on. Rozpoznałem go, choć nigdy go nie widziałem. Ale to imię ujawniło mi się w głowie.
-Satatanael. Ten, który staje naprzeciw boga, gdy ten przekracza granicę-Powiedziałem, chwytając pistolet. Czułem tylko determinację.
Oto nastał kres.
-Nathan...-Zapytała niepewnie Nadine. Wszyscy byli skuci łańcuchami... Na moje spojrzenie, przepełnione mocą Satatanaela, kajdany pękły.
-Zostawcie to mi. Weźcie broń i utrzymajcie strażników z dala, gdy ja to zakończę.-Odparłem, ładując kulę do broni. Każdy z nich skinął głową. Na pożegnanie jeszcze spojrzeli po sobie, nim się utwierdzili w decyzji.
-Renko... Ufamy ci.-Powiedział Jack. Po nim mówiła reszta
-Żegnaj. Wywalcz nam wolność.
-Nathan, wróć do nas. Proszę.
-Dobra, Sratatatnelu, lepiej nie spierdol tego.
-Pokładamy naszą wiarę w tobie, szefie.
-Kupimy ci tyle czasu, ile będzie się dało.
-Dziękuję-Powiedziałem. Ich wiara we mnie mnie wzmocniła.-Nie zaszedłbym tu, gdyby nie wy. A teraz lećcie!-
Ufali mi. Wierzyli w słuszność moich dokonań.
Pobiegli natychmiast z bronią.
A ja instynktownie poczułem, co należy zrobić. Odbezpieczyłem pistolet, zbliżając się wraz z Satatanaelem do Boga władcy.
-Jest jedna rzecz, która nie przysługuje temu co boskie-Słowa wypowiadane przez Satatanaela rozbrzmiewały w moich ustach. Bóg był wyraźnie zaskoczony, lecz podniósł tarczę i ruszył w moją stronę. Z dobytym mieczem. -Grzechy.-Z tymi słowami, wycelowałem w biegnącego boga. Satatanael także, niczym manifestacja boga, która ruszała na niego niczym jej właściciel na mnie.
Tą walkę rozstrzygnie jeden cios.
Jedna rana.
-Kula wykonana z wiary mych kompanów, z siły którą uosabiamy. Jesteśmy krwawą dłonią.
Jesteśmy siedmioma wielkimi grzechami!-Nacisnąłem spust.
Kula wystrzeliła, niczym wielki pocisk duchowy.
Chcieli go uniknąć. Prawie im się udało.
Jednak broń przebiła wszelką zbroję, wdarła się w ich ciała, przebiła przez organ mózgu.
Rozpędzony Yaldabaoth zniknął, gdy rozpędzone ciało króla dotknęło ziemi. Z głowy wylewała się krew.

Komentarze
Prześlij komentarz